Przejdź do głównej zawartości

Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles [POLECAJKA]

Dzień dobry Kochani!! Ja zaczynam już urlop i nie ma nic innego i lepszego - no może dobra premiera ;) - niż wakacje i odpoczynek! I tak właśnie loguję się tutaj, aby powiedzieć Wam - w sumie to napisać ;) - że już jutro swoją premierę będzie miała dość ciekawa książka. Zresztą sami się przekonajcie ;)

"Drogie Czytelniczki, oddajemy w Wasze ręce historię pełną niedoskonałości, słabości, potknięć, upadków i wzlotów. Zrodziła się z naszej przyjaźni, a napisałyśmy ją dla Was. Bohaterki tej opowieści istnieją naprawdę, jesteśmy nimi my wszystkie: Ty, Twoja przyjaciółka, sąsiadka, matka, nauczycielka Twojego dziecka, Twoja dentystka i wszystkie kobiety, które codziennie spotykasz. Zamyślone, smutne, porzucone, ale również te szczęśliwie zakochane, szalone, niekonsekwentne, zwariowane, poważne, zdystansowane. Młode, starsze, miłośniczki trampek i te, które na co dzień biegają w szpilkach. Te walczące z nadwagą i te, którym zdarza się wypić za dużo wina. Przemądrzałe i niepewne siebie.
Jednym słowem: kobiety nieidealnie wyjątkowe."

Gosia Hayles
Magda Kawka

Opis książki: "To nie jest polska Bridget Jones ani polski Seks w wielkim mieście. To jest nasze własne, kobiece, babskie, pisane tu i teraz, żywym językiem, wypełnione niebanalnymi dialogami jak ze scenariusza najlepszego filmu o kobietach, niekoniecznie tylko dla kobiet."

Nadal nieprzekonani? Podrzucam fragment książki - miłej lektury!

Fragment książki:



Początek formularza
Dół formularza
"Było tak wcze­śnie rano, że sen naj­wy­raź­niej jesz­cze ze mnie nie wy­pa­ro­wał. Jest to szcze­gól­nie trud­ne w ta­kie zim­ne i wil­got­ne gru­dnio­we po­ran­ki jak dziś, kie­dy naj­pierw wsta­je mgła, a do­pie­ro po­tem nie­chęt­ne słoń­ce, ocią­ga­ją­ce się jak moje dziec­ko, któ­re trud­no wy­cią­gnąć z łóż­ka. To­lek do póź­nej nocy oglą­dał naj­now­szy se­zon Gry o tron, a ja nie mia­łam siły ko­lej­ny raz pod­no­sić ar­gu­men­tu, że kie­dyś to się cho­ciaż książ­ki czy­ta­ło pod koł­drą z la­tar­ką.

Wszyst­ko się zmie­nia.

Je­cha­łam au­to­bu­sem peł­nym sen­nych pa­sa­że­rów, oglą­da­jąc w szy­bie swo­ją bla­dą twarz bez ma­ki­ja­żu i, co gor­sza, bez szans na ja­ki­kol­wiek ma­ki­jaż tego dnia. Ko­sme­tycz­ka zo­sta­ła w sa­mo­cho­dzie. Zwy­kle szyb­ko się ma­lu­ję za­raz po od­sta­wie­niu Tol­ka, nie tra­cąc na to cza­su w domu. Wte­dy mam pew­ność, że moje dziec­ko nie spóź­ni się do szko­ły, do któ­rej mamy te­raz dużo da­lej, ale bar­dzo mi za­le­ża­ło, by choć to się w jego ży­ciu nie zmie­ni­ło. Sa­mo­chód jed­nak dziś rano się zbun­to­wał i na wszel­kie pró­by ru­sze­nia go z miej­sca od­po­wia­dał ob­ra­żo­nym prych­nię­ciem. Nie­mal do­kła­da­nie tak jak mój dwu­na­sto­la­tek trzy­dzie­ści mi­nut wcze­śniej. Wier­cąc klu­czy­kiem w sta­cyj­ce, grzecz­nie za­kli­na­łam i pro­si­łam swo­je ka­pry­śne auto: „No pro­szę cię, obie­cu­ję, że za­raz po po­wro­cie cię umy­ję, ba, na­wet aku­mu­la­tor ci na­ła­du­ję, no pro­szę, a co po­wiesz na prze­gląd? Za­bio­rę cię na prze­gląd w tę so­bo­tę”. Wy­cią­gnę­łam opie­ra­ją­ce się dziec­ko za rękę i po­le­cia­łam w kie­run­ku naj­bliż­sze­go przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go.

Te­raz, w bez­li­to­snym po­ran­nym świe­tle słoń­ca, któ­re nie grze­je, a tyl­ko prze­świe­tla, jak­by wie­dzia­ło o mnie wszyst­ko, nie przy­po­mi­na­łam sie­bie sprzed za­le­d­wie dwu­na­stu mie­się­cy. Nie przy­po­mi­na­łam w za­sa­dzie ni­ko­go, jak­by bra­ko­wa­ło mi twa­rzy. W kie­sze­ni na­ma­ca­łam list, któ­ry wy­ję­łam dziś rano ze skrzyn­ki. List jak za­wsze był bez znacz­ka, a na nim skre­ślo­ne za­ma­szy­ście „Mag­da”. Nie wy­cią­ga­jąc ręki z kie­sze­ni, zmię­łam go w kul­kę i nie czy­ta­jąc, wy­rzu­ci­łam do ko­sza na śmie­ci za­raz po wyj­ściu z au­to­bu­su.

Jak się oka­za­ło wie­czo­rem, nie ja jed­na mie­wa­łam ostat­nio pro­blem z twa­rzą, a w za­sa­dzie z jej bra­kiem.

Spo­tka­ły­śmy się w domu Baś­ki, któ­rej mąż zor­ga­ni­zo­wał so­bie wy­jazd w bar­dzo waż­nej spra­wie, gdy tyl­ko do­wie­dział się, że Baś­ka zno­wu ma pla­ny mo­der­ni­za­cyj­ne wo­bec swo­je­go cia­ła. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, po­dob­nie jak my, jak bę­dzie prze­bie­gał ten pro­ces. Naj­pierw kil­ka ty­go­dni pod­eks­cy­to­wa­nia, gdy jego uko­cha­na Ba­sień­ka wi­dzi już sie­bie pięk­ną i od­mło­dzo­ną, ostrzyk­nię­tą bo­tok­sem, kwa­sem, wła­snym oso­czem czy ja­ką­kol­wiek sub­stan­cją na daną chwi­lę wstrzy­ki­wa­ną w ludz­kie cia­ło. Póź­niej kil­ka dni, a cza­sem ty­go­dni, aresz­tu do­mo­we­go, kie­dy zroz­pa­czo­na sie­dzi w domu, pod­czas gdy wszel­kie­go ro­dza­ju ran­ki, si­nia­ki, na­wi­sy i opu­chli­zny ba­brzą się za­miast goić, a ona prze­kli­na dzień, kie­dy wbrew zło­żo­nym so­bie przy­rze­cze­niom po­sta­no­wi­ła zno­wu ulec obiet­ni­com me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej.

Cóż… w od­róż­nie­niu od tych skła­da­nych so­bie, obiet­ni­ce chi­rur­gii es­te­tycz­nej są za­wsze opa­trzo­ne zdję­cia­mi „przed” i „po”.

Baś­ka po­wie­dzia­ła nam przez te­le­fon, że spo­tka­nie tyl­ko u niej, bo ab­so­lut­nie nie zmu­si­my jej do wyj­ścia z domu. Nie otwie­ra na­wet ni­ko­mu drzwi, a je­śli wy­jąt­ko­wo upo­rczy­wy ku­rier doj­rzy przez okno jej prze­my­ka­ją­cą po­stać i nie prze­sta­je wy­dzwa­niać, a na­wet woła ją – mówi, że ni­ko­go do­ro­słe­go nie ma w domu.
– Nie prze­sa­dzaj – po­cie­szy­łam ją przez te­le­fon – na pew­no nie jest tak źle. Za­wsze prze­ży­wasz, a po­tem jest okej. Wy­star­czy­ły­by za­pew­ne ciem­ne oku­la­ry i grub­sza war­stwa pod­kła­du. Wiesz, jak to jest. Pa­trzy­my na sie­bie naj­bar­dziej kry­tycz­nie. Inni, za­ję­ci sobą, prze­śli­zgu­ją się po nas za­le­d­wie wzro­kiem.

Prze­śli­zgnię­cie się czym­kol­wiek, a zwłasz­cza wzro­kiem, po miej­scu, w któ­rym wcze­śniej wid­nia­ła twarz Baś­ki, nie było moż­li­we. Zda­łam so­bie z tego spra­wę, gdy tyl­ko otwo­rzy­ła mi drzwi.
– Och – po­wie­dzia­łam tyl­ko na jej wi­dok. Nie chcia­łam do­le­wać oli­wy do ognia. Roz­grza­na pa­tel­nia, któ­ra po­ja­wi­ła się nad szy­ją w miej­scu jej twa­rzy, nie­mal rzu­ca­ła iskry, gło­wa spu­chła, jak­by Baś­kę po­ką­sa­ły osy, a w miej­scu oczu pod brwia­mi błysz­cza­ły dwie małe szpar­ki. Mój wzrok mi­mo­wol­nie po­wę­dro­wał w kie­run­ku skom­pli­ko­wa­nej kon­struk­cji wień­czą­cej jej zmierz­wio­ne czar­ne loki; cze­goś w ro­dza­ju tiu­lo­wej wie­życz­ki wy­koń­czo­nej pod­pię­tą wo­al­ką.
– Och – po­wtó­rzy­łam bez­wied­nie – czy ta… hmm… cza­pecz­ka ma za za­da­nie od­wró­cić uwa­gę od two­jej twa­rzy?
– Nie roz­śmie­szaj mnie – chrząk­nę­ła ża­ło­śnie Baś­ka, choć do­sko­na­le wi­dzia­łam, że wca­le nie jest jej do śmie­chu. Po­pro­wa­dzi­ła mnie, wzdy­cha­jąc, do prze­stron­ne­go sa­lo­nu z chro­mu i szkła, z wiel­kim ko­min­kiem peł­nią­cym po­dob­no rolę punk­tu sku­pia­ją­ce­go uwa­gę. Prz­yn­ajmniej tak za­ło­żył zna­ny ar­chi­tekt pro­jek­tu­ją­cy dom. Za­wsze gdy od­wie­dza­łam Baś­kę, my­śla­łam o tym, że trud­no nie sku­pić na nim uwa­gi, do złu­dze­nia przy­po­mi­nał bo­wiem piec kre­ma­to­ryj­ny.

Czu­łam się nie­swo­jo w tym wnę­trzu, bo nie mo­głam ni­cze­go ni­g­dzie odło­żyć. To zna­czy teo­re­tycz­nie mo­głam, ale na­gle wca­le nie chcia­łam. Być może dla­te­go, że moje rze­czy tra­ci­ły na tle tego li­ne­ar­ne­go wnę­trza wszel­ką war­tość użyt­ko­wą i sta­wa­ły się abs­trak­cją. Na­praw­dę. Kie­dyś po­sta­no­wi­łam to prze­te­sto­wać i po­ło­ży­łam na ich be­żo­wej de­si­gner­skiej ka­na­pie to­reb­kę. Wy­glą­da­ła jak rzecz omył­ko­wo po­zo­sta­wio­na na pla­nie fil­mo­wym przez sta­tyst­kę. „Halo, halo!” – cze­ka­łam, aż roz­le­gnie się przez me­ga­fon. – „Niech mi ktoś za­bie­rze to gów­no z ka­dru!” Te­raz też go­rącz­ko­wo ści­ska­łam tor­bę w rę­kach.

Baś­ka bły­snę­ła w moim kie­run­ku czer­wie­nią, a szpar­ki skrzy­żo­wa­ły ze mną spoj­rze­nie. Dziw­ne uczu­cie.
– Sta­ram się nie ru­szać twa­rzą. Fra­xel – do­da­ła po chwi­li.
– Och – bąk­nę­łam pod no­sem – a cóż to ta­kie­go?
Z fo­te­la pod­nio­sła się Jo­asia i mru­gnę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo.
– Jak to co? Zna­ko­mi­ty po­mysł na biz­nes. Naj­pierw ma­sa­kru­ją ci twarz za kupę kasy, po­tem cze­ka cię ży­cie w cał­ko­wi­tej izo­la­cji, jak­byś ćwi­czy­ła swo­ją śmierć. Co­dzien­nie wsta­jesz i oglą­dasz to coś, co masz mię­dzy czub­kiem gło­wy a szy­ją. Roz­pa­czasz i py­tasz: „Kur­de, dla­cze­go fra­xel?”. A po­tem wresz­cie wszyst­ko szczę­śli­wie się goi, twarz wy­glą­da tak samo jak przed za­bie­giem, a ty uwa­żasz z ulgą, że mimo wszyst­ko było war­to. Tyl­ko ja­koś do gło­wy ci nie przyj­dzie, że gdy­by ktoś dał ci po­rząd­nie po py­sku, roz­je­cha­ła cię cię­ża­rów­ka albo gdy­byś wy­ta­rza­ła gębę w mro­wi­sku, to gdy po mie­sią­cu za­go­iły­by ci się ob­ra­że­nia, uzna­ła­byś, że je­steś jak nowa. Zna­czy jak sta­ra nowa. – Jo­an­na z lek­ką oba­wą spoj­rza­ła na Baś­kę.

Ro­zu­mia­łam ją. Baś­ka za­wsze sta­ra­ła się trzy­mać fa­son, uda­jąc, że jest zdy­stan­so­wa­na, ale w grun­cie rze­czy na punk­cie wła­sne­go wy­glą­du była bar­dzo draż­li­wa. Pie­nię­dzy mia­ła tyle, ile pół mo­je­go osie­dla ra­zem wzię­te, i za­wsze nam po­wta­rza­ła, że nie musi się sta­rzeć z god­no­ścią. Że w ogó­le nie za­mie­rza się sta­rzeć. Ja też nie za­mie­rza­łam, ale z mo­ich za­mie­rzeń nic nie wy­ni­ka­ło.

Ro­ze­śmia­ły­śmy się, Baś­ka z nami, ja­koś tak szcze­kli­wie i ję­cząc z bólu, bo mię­śnie twa­rzy mia­ła na­pię­te, jak­by pla­no­wa­ła z nich strze­lać.
– Za­zdro­sna je­steś i tyle – oświad­czy­ła. Za­brzmia­ło to mniej wię­cej jak: sa­so­sna es­tes y tyle.
Zli­to­wa­łam się nad nią.
– Ty już le­piej nic nie ga­daj. Gój się. A swo­ją dro­gą po cho­le­rę nas tu ścią­gnę­łaś, sko­ro się do lu­dzi nie na­da­jesz?
– Wy nie je­ste­ście lu­dzie, wy je­ste­ście moje przy­ja­ciół­ki i ma­cie mnie wspie­rać – stęk­nę­ła Baś­ka ża­ło­śnie, sta­ra­jąc się nie se­ple­nić. Się­gnę­ła po kor­ko­ciąg. – Sama pew­nie bym się upi­ła z roz­pa­czy, a z wami będę się de­lek­to­wać.
– Wol­no ci? – zdzi­wi­ła się Jo­an­na, ale nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­szła do kuch­ni.
Po­czu­łam, jak ogar­nia mnie dziw­ny stan. W nie­dzie­lę obie­ca­łam so­bie, że do koń­ca ty­go­dnia nie się­gnę po wino. Był pią­tek.
– Iza bę­dzie? – za­py­ta­ła rze­czo­wo Jo­an­na, sta­wia­jąc na sto­le prze­pięk­ne krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki. Baś­ka wszyst­ko mu­sia­ła mieć pri­ma sort.
Przy­po­mnia­ła mi się wczo­raj­sza roz­mo­wa przez te­le­fon.
– Iza wczo­raj dzwo­ni­ła. Była wście­kła. Po­noć se­kre­tar­ka tego jej Ja­poń­czy­ka wsa­dzi­ła Ha­ru­mie­go nie w ten sa­mo­lot, co trze­ba, i dzie­ciak wy­lą­do­wał w Bu­da­pesz­cie. Mło­dy jest przy­tom­ny, więc pró­bo­wał na lot­ni­sku się z kimś do­ga­dać, ale mo­że­cie so­bie wy­obra­zić…

Iza rze­czy­wi­ście była wście­kła, ale pod tą jej wład­czą i prag­ma­tycz­ną wierzch­nią war­stwą so­li­dar­nie czu­łam nie­po­kój mat­ki. Nie wiem, co bym zro­bi­ła, gdy­by to To­lek utknął gdzieś w świe­cie. Moż­na po­wie­dzieć, że Ha­ru­mi był ko­smo­po­li­tycz­nym po­dróż­ni­kiem z przy­mu­su, na nie­jed­nym lot­ni­sku zjadł zęby, ale w koń­cu nie da się ukryć, że był tyl­ko dwu­na­sto­let­nim chłop­cem, sy­nem nie­przy­tom­ne­go z prze­pra­co­wa­nia Ja­poń­czy­ka i cho­ro­bli­wie am­bit­nej Po­lki, ro­bią­cej mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę w ja­kiejś Strasz­nie Waż­nej Kor­po­ra­cji z bran­ży BPO/SSC, co­kol­wiek to zna­czy. Iza cza­sa­mi pró­bo­wa­ła nam tłu­ma­czyć, jak klu­czo­wa dla świa­ta to dzie­dzi­na, ale dała so­bie spo­kój po tym, jak Baś­ka do­gry­zła jej kie­dyś w przy­pły­wie szcze­ro­ści, żeby już tak się nie na­dy­ma­ła, bo na świe­cie jest wie­le klu­czo­wych za­wo­dów, o któ­rych lu­dzie nie mają po­ję­cia; jak choć­by kon­tro­ler za­pa­chów z od­by­tu. Za­pew­ne po­kłó­ci­ły­by się wte­dy po­tęż­nie, gdy­by nie to, że obie były nie­co wsta­wio­ne.

– Ja­poń­czyk chciał się do­ga­dać z Wę­grem? – Jo­an­na na­peł­ni­ła trzy kie­lisz­ki ciem­no­czer­wo­nym, ak­sa­mit­nym wi­nem. – To brzmi jak ka­wał. Zresz­tą, ży­cie w ogó­le brzmi jak ka­wał – wy­gło­si­ła głę­bo­ką praw­dę, dla pod­kre­śle­nia wagi słów uno­sząc kie­li­szek. – Wczo­raj Luś­ka mówi do mnie: „Mamo, a ty mia­łaś faj­ne ży­cie?”. Py­tam z nie­po­ko­jem: „Mia­łam?”. „No bo wiesz, tak zno­wu dużo to ci go już nie zo­sta­ło…” Nie wie­dzia­łam, że ga­dzi­nę wy­ho­do­wa­łam na wła­snym ło­nie.
Baś­ka ko­lej­ny raz zer­k­nę­ła w pod­ręcz­ne lu­ster­ko i czym prę­dzej odło­ży­ła je z obrzy­dze­niem.
– Za­wsze wam mó­wi­łam, że dzie­ci są wred­ne. – Na­praw­dę ja­koś mu­sia­ła po­pra­wić so­bie na­strój. – Zu­peł­nie nie ro­zu­miem, do cze­go wam one po­trzeb­ne.
– Nie bądź taka mą­dra – żach­nę­ła się Jo­an­na. Pod­par­ła się wy­god­niej i za­pa­trzy­ła w kar­mi­no­we re­flek­sy na gru­bo rżnię­tym szkle. – Dzie­ci są jak wi­rus… Ani się spo­strze­żesz, a zła­pa­łaś. To się roz­no­si i roz­prze­strze­nia. Za­ka­żo­ne jest całe spo­łe­czeń­stwo; wszę­dzie wi­dzisz wóz­ki, pla­ce za­baw, cią­żo­we brzu­chy, skle­py z za­baw­ka­mi, i na­gle pew­ne­go dnia od­kry­wasz, że ty też chcesz być cho­ra. Chcesz mieć ta­kie swo­je, małe i ko­cha­ne. Ta­kie coś, co na­le­ży tyl­ko do cie­bie… Że bę­dzie cię ko­chać za to, że po­wo­ła­łaś je do ży­cia, że je­steś taka je­dy­na i wy­jąt­ko­wa. Do­pie­ro po­tem zda­jesz so­bie spra­wę, że świat cię oszu­kał i za­miast swo­je­go słod­kie­go ma­lu­cha masz w domu ja­kiś obcy, wro­gi byt, któ­ry na okrą­gło do­ma­ga się po­ży­wie­nia i cały czas kom­bi­nu­je, jak cię zro­bić w ba­lo­na. – Jo­an­na zmarsz­czy­ła groź­nie brwi i wy­dę­ła war­gi.
– I któ­re­mu za­wsze śmier­dzą skar­pet­ki – do­da­łam na myśl o tym, ile pie­nię­dzy wy­da­ję na prosz­ki do pra­nia i pły­ny do płu­ka­nia. – Po­waż­nie. To­lek wło­ży na pięć mi­nut i już śmier­dzą. Ba, cza­sem tyl­ko przej­dzie obok. To ja­kiś wy­jąt­ko­wy skład­nik potu do­ra­sta­ją­ce­go chłop­ca. Ta­jem­ni­cza sub­stan­cja, dzię­ki któ­rej skar­pet­ki mło­de­go są bro­nią che­micz­ną. Po­win­nam za­cząć je skła­do­wać na wy­pa­dek ja­kie­goś świa­to­we­go kon­flik­tu.

Baś­ka po­pra­wi­ła cza­pecz­kę z ban­da­ża i oświad­czy­ła bez­li­to­śnie:
– Do­brze wie­cie, że w grun­cie rze­czy je­ste­ście zwy­kły­mi miesz­czań­ski­mi ma­muś­ka­mi, któ­re jak kwo­ki wy­sia­du­ją so­bie prze­dłu­że­nie wła­sne­go ego. Skąd w was tyle prze­ko­na­nia, że świat cze­ka na wa­sze ko­pie? Spo­łe­czeń­stwo wam wmó­wi­ło, że by­cie mat­ką to szla­chet­na mi­sja, a w rze­czy­wi­sto­ści to ogra­ni­cza­ją­ca ułom­ność…

Tego ro­dza­ju roz­mo­wy pro­wa­dzi­ły­śmy raz na ja­kiś czas. My le­czy­ły­śmy nimi kom­pleks nad­mier­nej od­po­wie­dzial­no­ści oraz bra­ku cza­su i wol­no­ści, a Baś­ka bra­ku po­tom­stwa. Wszyst­kim nam do­brze to ro­bi­ło.

Szyb­ki, ter­ko­czą­cy dzwo­nek za­sy­gna­li­zo­wał na­dej­ście Izy, któ­rej za­wsze się spie­szy­ło i na­wet ze spo­koj­ne­go mo­ty­wu mu­zycz­ne­go, któ­ry Baś­ka z mę­żem wgra­li w swój wi­de­odo­mo­fon, po­tra­fi­ła stwo­rzyć hymn pi­ja­nych w sztok su­ry­ka­tek. Wy­szłam jej na spo­tka­nie, oszczę­dza­jąc Baś­kę, któ­ra wła­śnie za­czę­ła sma­ro­wać twarz ta­jem­ni­czym ma­zi­dłem wy­cią­gnię­tym z lo­dów­ki. Iza wkro­czy­ła jak za­wsze z im­pe­tem i za­raz za pro­giem zrzu­ci­ła lśnią­ce lo­ubo­uti­ny. Sta­nę­ła obok mnie, na­gle drob­na jak dziew­czyn­ka.
– Nie­na­wi­dzę, jak mi się każą re­lak­so­wać. By­łam wła­śnie na ma­sa­żu, baba jeź­dzi­ła po mnie go­rą­cy­mi ka­mie­nia­mi, jak­by mnie chcia­ła uka­mie­nio­wać. Na go­rą­co. Sta­le przy tym po­wta­rza­ła: „Pro­szę o ni­czym nie my­śleć, pro­szę za­mknąć oczy i się re­lak­so­wać. Jest pani taka spię­ta, mię­śnie na kar­ku jak po­wro­zy”. Jak mam się, cho­le­ra ja­sna, re­lak­so­wać, kie­dy Ha­ru­mi sie­dzi na dwor­cu w Bu­da­pesz­cie! Wró­ci w koń­cu po­cią­giem, bo nic sen­sow­ne­go stam­tąd dziś nie od­la­tu­je, ma już bi­let i miej­sce w wa­go­nie sy­pial­nym. On jest taki ma­lut­ki, sama wiesz, nie wy­glą­da na swo­je dwa­na­ście lat, żeby się tyl­ko nie zgu­bił, mój ko­cha­ny owoc wio­sny.

Iza tak go cza­sem piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­ła, bo to do­kład­nie ozna­cza­ło jego ja­poń­skie imię.
– Nie prze­sa­dzaj. Nie jest aż tak ma­lut­ki, żeby się zgu­bić w po­cią­gu, to w koń­cu nie ja­kiś… – za­bra­kło mi sło­wa – Ca­li­ne­czek.

Nie chcia­łam do­da­wać, że jak obie do­brze wie­my, mały Ha­ru­mi to nie­złe ziół­ko, któ­re po mat­ce odzie­dzi­czy­ło sza­tań­ską wręcz prze­bie­głość, a po ojcu eks­cen­trycz­ność, co by­wa­ło mie­szan­ką wy­bu­cho­wą, i nasz „owoc wio­sny” ow­szem, może i opu­ści po­ciąg re­la­cji Bu­da­peszt–Ber­lin, za­nim ten do­trze do Po­zna­nia, ale nie dla­te­go, że się zgu­bi, tyl­ko dla­te­go, że zo­sta­nie z tego po­cią­gu wy­pro­szo­ny. Cała na­dzie­ja w tym, że zwa­żyw­szy na jego eg­zo­tycz­ny wy­gląd, kon­duk­tor bę­dzie wo­lał omi­jać go sze­ro­kim łu­kiem. Róż­ni­ca w oce­nie Ha­ru­mie­go mię­dzy świa­tem a Izą po­le­ga­ła głów­nie na tym, że choć wszy­scy my­śle­li o nim to samo, Iza ni­g­dy by się do tego pu­blicz­nie nie przy­zna­ła. Wszyst­kie wy­bry­ki syna były dla niej je­dy­nie ma­ni­fe­sta­cją jego po­nad­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji i wy­bit­nej kre­atyw­no­ści. Na­wet wte­dy, gdy jako uro­czy ośmio­la­tek z nie­od­łącz­ną kart­ką na szyi usi­ło­wał pod­pa­lić sa­mo­lot, gwizd­nąw­szy w tym celu za­pal­nicz­kę ste­war­des­sie, któ­ra po kry­jo­mu pa­li­ła pa­pie­ro­sy na za­ple­czu. Na szczę­ście obe­szło się bez kon­se­kwen­cji: prze­ra­żo­na ko­bie­ta wo­la­ła nie przy­zna­wać się do za­ka­za­nych prak­tyk, a mały cwa­niak szyb­ko to wy­ko­rzy­stał i jesz­cze wy­cią­gnął od niej pięć do­la­rów.
– Jesz­cze zo­ba­czy­cie, że on proch kie­dyś wy­my­śli – ma­wia­ła Iza, a na nie­śmia­łą su­ge­stię, że ktoś już zdą­żył go ubiec, wście­ka­ła się, że nie ro­zu­mie­my naj­prost­szych prze­no­śni.
– Na­lej­cie mi – za­żą­da­ła te­raz, sa­do­wiąc się na so­fie i kła­dąc so­bie po­dusz­kę na ko­la­nach. – Mu­szę się zre­lak­so­wać po tym re­lak­sie."

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

W cieniu magnolii - Anna Płowiec

@bjcczyta ”Niewinna gra w pokera w domu Alicji okazała się nowym rozdaniem nie tylko kart, ale i uczuć. Kiedy serce Alicji rozdarło się pomiędzy dwóch mężczyzn, nie wiedziała jeszcze, że konsekwencje swoich wyborów będzie czuła przez wiele lat. Nie potrafiła oprzeć się przystojnemu Leszkowi. Nie spodziewała się, że cichy i spokojny Janek pojawi się przypadkiem w jej życiu i wywróci wszystko do góry nogami. Gdzieś pomiędzy starymi kamienicami pięknego Krakowa, w szalonych latach 90, gdy wszystko wydawało się możliwe, splatają się historie miłości i pożądania. W cieniu magnolii to poruszająca historia o burzliwych uczuciach, bliskości i wyborach dokonywanych przez każdego z nas. Ta powieść daje nadzieję i pokazuje, że warto zaufać uczuciom, nawet gdy sądzimy, że świat zwrócił się przeciwko nam. Czy utracona przed laty miłość ma szansę się odrodzić? Czy los okaże się dla Alicji łaskawy i przyniesie jej upragnione szczęście?”

Róża Krull na tropie TOM 2: Lustereczko, powiedz przecie - Alek Rogoziński

Dziś wyjątkowy dzień, dzień miłości. Ponoć w takim magicznym dniu każde wyznanie miłości zostaje docenione i zapamiętane na lata. Ja chciałabym wyznać miłość do autora. Alek Rogoziński zawładnął moją duszą swoją książką Jak Cię zabić, Kochanie? Tak romantyczny tytuł zaowocował wielkim uczuciem. Pisałam więc do autora co jakiś czas, pytając kiedy mogę się spodziewać kolejnych doznań czytelniczych. Z czasem zauważyłam, że Alek chce się mnie pozbyć. Próbował nie raz, nie dwa, a do trzech razy śmierć , ale nie udało się ;) No cóż, bywa. Jako niespełniona fanka wiedziałam, że muszę znaleźć sposób, aby książę komedii kryminalnej odwzajemnił moje uczucie. Serce nie sługa, więc musiałam posunąć się do mrocznych i zakazanych środków. Autor bowiem nie wie, że mam pewnego pomocnika, który podsunął mi rozwiązanie. Lustereczko, powiedz przecie czym Alka zauroczyć? Odpowiedź była szybka, ale jakże mroczna: Ten łasuch jest w związku z Różą Krull, lecz daj mu mały prezent i będziesz cool.

ZŁAP LICZNIK <=> KONKURS #3